czwartek, 7 kwietnia 2016

O nowych miłościach

Bo jak to się mówi... " Czego 'niedotrenowałam', to 'dowyglądam' "... Dlatego w związku z tym, że do startu zostało już tylko 10 dni to zaczęłam planować mój strój na ten dzień :) Czy jestem przygotowana? Chyba z grubsza tak, chyba dam radę... Jak tylko kolano będzie ze mną współpracować to na pewno dobiegnę. A w jakim czasie? A czy to istotne? Ludzie często pytają: ile miałaś? (zwłaszcza Ci, którzy buty do biegania mieli na sobie raz - w sklepie sportowym) A ja no to odpowiadam: Nieważne! Ważne, że stanęłam na starcie i dobiegłam do mety i uśmiech był na twarzy! I jestem teraz szczęśliwsza!

Tak jest. Tata nauczył mnie tego zdrowego podejścia...

I śmieję się z ludzi, którzy są takimi amatorami jak ja, a porównują czasy, zegarki i firmowe buty. Ludzie! Zacznijcie to robić dla zdrowia! Dla siebie!

"Bo kto staje na starcie - już jest wielki. Kto dobiegnie do mety - jest zwycięzcą..." Odliczam dni, już nie mogę się doczekać - lubię tą przedstartową adrenalinkę...

Ale w sumie nie o tym dzisiaj chciałam... Bo miało być o nowych miłościach.

Pierwsza to... Taka pierdoła... Nowe pudełka na drugie śniadanie. Tak. Pudełka na drugie śniadanie. Nie 'lanczboksy'... (nie cierpię jak do ojczystego języka wciska się na siłę obce słowa).
Niby nic, a cieszy. Kupione za grosze, z porządnym zamknięciem. Dość spore, więc łatwo przygotować jedzenie i wymieszać bezpośrednio w pojemniku. Polecam wybrać się do jakiegokolwiek sklepu z kuchennymi bibelotami i poświęcić chwilę na wybranie odpowiednich dla siebie. Poza tym moje idealnie mieszczą się w koszyku rowerowym, więc tym bardziej koniec z poduszonymi kanapkami z torebki!

Druga to... Zielone koktajle! Mieszam, kombinuję, blenduję i piję! Już po kilku razach wiedziałam, co mi bardziej 'podchodzi' a czego nie wypiję. Stałam się fanką natki pietruszki - kiedyś znienawidzonej. Jak tylko wypiję takie cudo od razu czuję się zdrowsza :) A poza tym uwielbiam iść do warzywniaka i pakować do koszyka trochę tego i trochę tamtego - wybierać, przebierać i potem tworzyć pyszności:)

A trzecia dopiero raczkuje, ale sądzę, że do zakochania jeden krok... Jeśli oczywiście przyniesie efekty! Moi drodzy to: TABATA. Postanowiłam każdego dnia wieczorem poświęcić 4 min na dodatkowy trening. Nie chcę mieszać ćwiczeń, tylko zdecydowałam, że każdego dnia nastawię się tylko na jedno konkretne. I tak już po pierwszym razie robienia 'głupich' pajacyków na 200% możliwości miałam tyle energii, że mogłabym górę przenieść! Myślę, że to mi pomoże - spalę co nieco i uruchomię metabolizm - czyli to na czym zależy mi najbardziej.


Cóż... Wystarczy na dziś...
Życzę przyjemnego, słonecznego jak u mnie popołudnia!
Tymczasem uciekam na basen! :)
G.

czwartek, 17 marca 2016

I jak tu nie biegać?


Za oknem pojawiło się słońce i w sercu od razu wiosna zawitała. Temperatura na nią co prawda nie wskazuje, co nie znaczy, że trzeba jeszcze zostać na kanapie pod kocem. W końcu pogoda zaczęła motywować, żeby się ruszyć i wyjść z domu!

I dlatego postanowiłam w końcu kupić nowe butki i wrócic do biegania. I tu zaskoczenie, bo spodziewałam się, że początki będą tragiczne i forma mnie zawiedzie. A nie! Pierwszy raz, drugi raz... tempo raczej nie jakieś zabójcze, ale tu 7 km, tu 10 km... i jakoś idzie. Na początku zakwasy oczywiście były ogromne, ale jest coraz lepiej. Zaczyna to jakoś wyglądać, dzięki Bogu, bo za 30 dni półmaraton :)

Dość sceptycznie podchodziłam do tematu, że nie dam rady, że może jednak zrezygnuję z tego startu, że po co mi katowanie się treningami itd. Ale pojawiło się światełko, że forma nie jest aż taka tragiczna i że powinnam dać radę. Najlepiej by było gdyby udało się jeszcze zrzucić z 2-3 kg balastu... I tu pojawiają się schody...

Niby ćwiczeń dużo. Niby godziny posiłków pilnowane. Niby skład jedzenia pilnowany, żeby nie wrzucać w siebie śmieci. A waga ani drgnie. Nawet jakby troszkę więcej było... Fakt, problemy z zatrzymywaniem wody w organizmie, więc trzeba się wspomagać ziołowymi herbatkami... Ale tak jakby żadnych efektów póki co nie zauważam. Cóż trzeba poczekać, może się coś poprawi. 

Ale najważniejsze, że zaczęło się w końcu chcieć! Że się lepiej śpi, chętniej pracuje, inaczej funkcjonuje. Czyli stało się to na co tak długo czekałam! :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
G.

czwartek, 11 lutego 2016

O motywacji, a raczej jej braku...

Bo jak to zrobić, żeby chciało się, tak jak się nie chce? 
Zaczyna się nowy tydzień, to pełna energii gotuję, szykuję pudełka, ćwiczę, pakuję te rzeczy na basen, lecę po pracy... A po kilku dniach odliczam godziny, minuty do weekendu, żeby móc leżeć przed telewizorem i nie musieć nigdzie jechać, nic robić. Albo po pracy padam na kanapie i śpię kilka godzin, po czym zakładam piżamkę i idę spać dalej...
Czyżby jakaś dolinka dopadła? Nie ma ochoty na nic, nastroju. A może wiosna już potrzebna? Żeby więcej słoneczka było i energii od razu też.
Gdzie szukać motywacji? Żeby każdego dnia od rana uśmiechać się do siebie w lustrze, a po pracy mieć siłę cokolwiek robić.. 
Cóż, chyba tylko pozostaje czekać, aż wiosna zawita i modlić się, żeby zimy już nie było.  Żeby wszystko wokół się obudziło...

Jakiś ciężki czas nastał...



Smutno.
G.

wtorek, 5 stycznia 2016

O gotowaniu i jego planowaniu

Bo najważniejsze to mieć plan! I ja właśnie wracam do starych nawyków, gdzie od planu wszystko się zaczynało. A mowa tu konkretnie o zakupach 'jedzeniowych'.

Bo najgorzej to robić codziennie małe zakupy w drodze z pracy, tak tylko 'na dzisiaj'. I wtedy pieniążki szybko uciekają i w lodówce nigdy nic ciekawego. Dlatego przyjęliśmy z F. taktykę, że robimy raz na tydzień/dwa większe zakupy. I tu z kolei najgorzej pojechać do większego sklepu bez listy zakupów. Wtedy do koszyka trafia wszystko na co masz ochotę. A koniec końców wracasz do domu, przekładasz wszystko do lodówki, a potem jak coś chcesz ugotować to nie za bardzo jest z czego. 

Dlatego plan musi być. A jak zrobić listę zakupów bez planowania posiłków? Od tego więc trzeba zacząć. Co będziemy jedli przez najbliższy tydzień i na podstawie tego zrobić sensowną listę. Jakiś czas temu już przyjęłam taki system i przyznaję, że sprawdza się świetnie. 

I stąd powrót do tych nawyków. 
Zatem na najbliższe obiady planujemy:
- zupę pomidorową
- rybę z kus-kusem i szpinakiem
- leczo
- kotlety schabowe z soczewicą i brokułami
- zupę ogórkową
- makaron z czerwonym pesto...

Oczywiście to tylko pozycje obiadowe, do tego dochodzą jeszcze owoce, półprodukty do sałatek zabieranych do pracy (pomidory, ogórki itp.) i oczywiście 'coś na ząb' dla F!


A teraz... Kierunek -> zakupy :) Uwielbiam wybierać produkty, z których potem można przyrządzić pyszności i są nie tylko smaczne, ale przede wszystkim zdrowe.

Fakt, takie szczegółowe planowanie zajmuje trochę czasu, ale polecam każdemu, warto poświęcić godzinkę na przemyślane zakupy, niż później bezsensownie kombinować jak zrobić coś z niczego, albo przepłacać w osiedlowym sklepiku.

Polecam!
G.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Jak to jest pisać bloga ?

Od dłuższego czasu mnie to zastanawiało. Jak to jest, tak pisać co się robi, o czym się myśli? Czy ktoś to w ogóle czyta? A rzecz jasna nie dowiem się, dopóki nie sprawdzę. A okazja przyszła szybko...

Bo tu rok się kończy, bo Święta za nami i tu znowu przybyło, tam bardziej odstaje... Po raz milionowy postanowiłam "wziąć się za siebie". Tym razem inaczej. Dlaczego inaczej i co jest tym razem powodem? W szczegóły wdam się przy okazji.  Póki co nie znając mojej historii i patrząc z boku można powiedzieć, że zaczynam standardowe odchudzanko:) Tak więc nie od jutra, nie od 1 stycznia, nie od przyszłego tygodnia, ale od dziś walczę o nową JA. 



A żeby się zmotywować inaczej niż przy setkach poprzednich prób postanowiłam pisać. Bo może właśnie ktoś przeczyta i wstyd będzie nie móc się pochwalić efektami. Cóż, na tej nowej drodze życia życzcie mi powodzenia i razem ze mną czekajcie na efekty.


Miłego popołudnia!
G.