
Za oknem pojawiło się słońce i w sercu od razu wiosna zawitała. Temperatura na nią co prawda nie wskazuje, co nie znaczy, że trzeba jeszcze zostać na kanapie pod kocem. W końcu pogoda zaczęła motywować, żeby się ruszyć i wyjść z domu!
I dlatego postanowiłam w końcu kupić nowe butki i wrócic do biegania. I tu zaskoczenie, bo spodziewałam się, że początki będą tragiczne i forma mnie zawiedzie. A nie! Pierwszy raz, drugi raz... tempo raczej nie jakieś zabójcze, ale tu 7 km, tu 10 km... i jakoś idzie. Na początku zakwasy oczywiście były ogromne, ale jest coraz lepiej. Zaczyna to jakoś wyglądać, dzięki Bogu, bo za 30 dni półmaraton :)
Dość sceptycznie podchodziłam do tematu, że nie dam rady, że może jednak zrezygnuję z tego startu, że po co mi katowanie się treningami itd. Ale pojawiło się światełko, że forma nie jest aż taka tragiczna i że powinnam dać radę. Najlepiej by było gdyby udało się jeszcze zrzucić z 2-3 kg balastu... I tu pojawiają się schody...
Niby ćwiczeń dużo. Niby godziny posiłków pilnowane. Niby skład jedzenia pilnowany, żeby nie wrzucać w siebie śmieci. A waga ani drgnie. Nawet jakby troszkę więcej było... Fakt, problemy z zatrzymywaniem wody w organizmie, więc trzeba się wspomagać ziołowymi herbatkami... Ale tak jakby żadnych efektów póki co nie zauważam. Cóż trzeba poczekać, może się coś poprawi.
Ale najważniejsze, że zaczęło się w końcu chcieć! Że się lepiej śpi, chętniej pracuje, inaczej funkcjonuje. Czyli stało się to na co tak długo czekałam! :)
Pozdrawiam Was serdecznie!
G.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz